poniedziałek, 25 września 2017

Wrzesień w kratkę

Jedenasta jest dobrą porą na ciepłą kawę, kulki Nesquika i Eda Sheerana w tle. Wrzesień minął nam na oswajaniu się z przedszkolem, z wirusem, który rzucił wszystkich na kolana i z moim wyjazdem do Wiednia. Przytuliliśmy tęsknotę, powzdychaliśmy na niekończący się deszcz i z ulgą przyjmujemy poniedziałkowe słońce w tym ostatnim tygodniu września. Tak dobrze zaczął się ten dzień, że kolejne muszą być tylko lepsze.

Jakubek chodzi już do przedszkola bez problemu. Z uśmiechem opowiada o paniach, o dzieciach, o tym co robił. Z dumą pokazał nam swojego pokolorowanego misia wiszącego na wystawie. Jak teraz przypomnę sobie ten stres pierwszego tygodnia, to uśmiecham się z pobłażliwością. Jeszcze wrzesień się nie skończył, a opanowaliśmy pobyt tam, jak i pierwszą chorobę. I to z dala od mamy! Tata super dał sobie radę. A teraz sam "umiera" :D już wiesz o co mi chodzi.




Dla mnie i dla Leona miesiąc ten był zagadką podróżną. Jak Leo da sobie radę osiem godzin w autokarze? Jak odnajdzie się w nowym miejscu? Jak będę go usypiać, karmić, zabawiać? Obawy, jak zwykle okazały się bezpodstawne. Wyjechaliśmy o 14:30 i było naprawdę super. Mimo małej ilości miejsca na nogi udało się zapiąć fotelik i spędził w nim całą podróż. Zrobiliśmy sobie przerwę w Krakowie, potem rozprostował nogi na stacji przy granicy i choć miał przed tym drzemkę, którą miałam nadzieję przeciągnąć w sen nocny, tak daliśmy sobie potem radę. Było ciemno, była ukochana "szmatka" do ciumkania i zmęczona ja, która nie ustępowała, tak że dziecię w końcu usnęło. Sytuacja pokazała nam, że Leo jest po prostu dzieckiem cudownym, które potrafi dostosować się do każdych warunków. Które jest ostrożne, ale i ufne. Od razu zakręcił się przy mojej przyjaciółce i jej brzuchu, głaszcząc i wołając "dzidzia". Nauczył się również mówić "ciocia" i choć wciąż mu powtarzałyśmy, że na wujka trzeba wołać "wujo", tak uparcie wołał "mama" lub "tata" :D spędziliśmy fajnie te dni, mimo niepogody i naszej choroby. W sobotę zwiedziliśmy nawet szpital. Na szczęście Leo mimo brzydkiego kaszlu nie potrzebował silniejszych kuracji, niż tych syropowych i w poniedziałek w nocy wróciliśmy do domu. Leon przespał tym razem całą drogę aż do ósmej. Kolejny wyjazd planujemy już w czwórkę gdzieś na wiosnę :)






Następnym razem koniecznie muszę Ci napisać o tym, jak Kuba się zmienia, jak gadać zaczął! Z resztą! Leon to samo. Naśladuje go we wszystkim, gonią się po całym mieszkaniu i odgrywają scenki. Oczywiście w międzyczasie jest też krzyk i bicie, ale co tam. To chyba będzie się za nami ciągnąć non stop. Ważne, że już teraz, tak szybko po prostu starają się jakoś dogadać. I że Kuba widzi, że z Leonem można już coś wspólnie stworzyć.

A jak Tobie minął ten poniedziałek? Opowiedz koniecznie!

Czytaj dalej »

środa, 6 września 2017

Wycieram kurz i mówię o Jakubku Przedszkolaku

Nawet nie wiesz ile razy tu byłam, by przetrzeć kurz. Jednak zawsze ręce wisiały nad klawiaturą pełne ciszy. Za każdym razem dawałam sobie czas. Nie pisałam nic na siłę, bo tutejsze tło zwyczajnie, by tego nie zniosło. Musiały minąć dwa długie miesiące. Miesiące wakacyjne, które wycisnęliśmy do ostatniej nitki. Wspólnie, rodzinnie, ciepło. Ostatnie tygodnie upłynęły nam na przygotowaniach do przedszkola. Kompletowaliśmy razem z Kubą wyprawkę, dużo rozmawialiśmy. Żadne jednak rozmowy nie przygotowały nas na te pożegnania, których byliśmy uczestnikami przez ostatnie cztery dni.

W przedszkolu do którego dostał się nasz Starszy dzieci zostawiane są od razu na pełny wymiar godzin. My nasz skróciliśmy o godzinę i zabieramy Kubę zaraz po obiedzie, przed leżakowaniem. I jak do momentu wejścia do sali jest super, a w poniedziałek były nawet podskoki i wołanie "dzidzia dzidzia" na widok przedszkola, tak jeśli dochodzi do pożegnania jest płacz, zawodzenie i czepianie się naszych ramion. W domu ma różne wahania. Raz wspominając przedszkole mówi, że jutro nie idzie, chwilę później, że tak, że będzie się bawił z dzidzią i panią. Chętnie opowiada co robił, w czym mu pomagała pani, że "Oli też siusiu", że "am am nie". Nie chce jeść i mu się nie dziwię, na razie daję mu czas, by się zaaklimatyzował. Sukcesem jest wczorajsze śniadanie i zupka. Będą takie, jak i również totalne klapy, bo Kuba jest bardzo wybredny i po prostu musi się nauczyć jeść, to co reszta, próbować.

Jestem dobrej myśli, choć kiedy tak płacze naprawdę ciężko wysupływać się z jego objęć i zamykać za sobą drzwi. Już drugiego dnia miałam ochotę zawrócić i zabrać go do domu! Jesteśmy jednak konsekwentni. Powoli to skutkuje. Wczoraj został pochwalony i nawet chciał się dłużej bawić! Dziś z kolei w połowie drogi uderzył w płacz i chciał wracać do domu. Zobaczymy jak będzie w kolejnych dniach. Mam nadzieję, że ta nasza adaptacja zamknie się w maksymalnie dwóch tygodniach.

Tymczasem Młodszy śpi, a ja powoli zaczynam odczuwać tą różnicę z jednym, a z dwójką. Różnica jest już w samym moim nastawieniu po powrocie Kuby. Jestem spokojniejsza, naładowana cierpliwością, bardziej zrelaksowana. Pobyt starszego w przedszkolu wszystkim wyjdzie na dobre :) R. na jazdach (prawko w toku), w końcu od bardzo dawna słucham swojej muzyki. Nic tylko się zanurzyć... i marzyć o tym, by bałagan posprzątał się sam.


A jak Twoje dziecię? Ma któreś swój debiut w przedszkolu w tym roku?






Czytaj dalej »

piątek, 30 czerwca 2017

Rodzeństwo - miesiąc czternasty i trzydziesty czwarty

Kiedy dzieci śpią już o 20, a mąż koczuje w namiocie na rybach, by przywieźć sobotni obiad, wiedz, że napisze się Post. Ciasto czereśniowe jest? Kubuś? Jason Mraz i jego Love is a four letter world? No to zaczynamy!

Dziś mogłam bardzo dobrze zaobserwować te nasze dwa brzdące w ich relacji Starszy Brat - Młodszy Brat. Pożegnaliśmy tatę i schowaliśmy się w zaciszu domowym. Wysypaliśmy klocki i razem z Kubą budowaliśmy dom dla jego autek. Leon chadzał swoimi ścieżkami. Szukał co by tu przegryźć i napić się. Wspinał na łóżko, schodził z niego, buszował w zabawkach, którymi jednak szybko się nudził.

Czasem chłopcy naprawdę potrafią bawić się razem. Tyle tylko, że Młodszy jest jeszcze na etapie fascynacji wszystkim dookoła, wszystkim po trochu i więcej frajdy sprawia mu burzenie, niż budowanie. Jakże inaczej niż naszemu małemu kombinatorowi. Więc ostatecznie wspólna zabawa kończy się krzykiem, gryzieniem, klepaniem Leona po pupie i ogólnym niuniu niuniu. Nasz niebieskooki staje się mimo wszystko coraz szybciej i szybciej małym chłopcem, coraz bardziej ogarniętym, więc wierzę, że już najgorsze za nami i teraz może być już tylko lepiej.


Jakub

Tak się zmienił ten nasz chłopiec w ostatnich miesiącach. Z mówieniem jest nie do poznania. Kiedy pomyślę o naszych zmartwieniach z tym związanych chce mi się z nich śmiać. Chłonie wszystko dookoła, powtarza. Stara się mówić, to o co go prosimy. Uwielbia słowa na M. Mucha, mochro (mokro), mrófka, miś, mycha, to tylko niektóre z jego ulubionych. Powie już pies, wąż, słoń, gdzie wcześniej zastępowały te słowa odpowiednie odgłosy. Tworzy zdania i czuje się taki ważny! Kiedy Leon robi coś nie tak podbiega i pokazuje mu, jak coś trzeba zrobić. Często obserwuje go z boku i uśmiecha się, ciesząc z jego osiągnięć

Ogólnie młodszy brat jest spoko, ale są momenty, kiedy jest tylko "moje, moje" i nie podzieli się za żadne skarby. A przepraszam! Jakie moje! Od jakiegoś czasu jest "Buba". Co prawda nadal mówi "kom" (chodź) i auch (też), ale polski znacznie przeważa i kiedy zrozumie, że "dzidzia" go nie rozumie woła jednak "choś tu".


Odkąd Leon lepiej chodzi/biega są też wspólne gonitwy po ogrodzie i wokół stołu. Kuba niekiedy specjalnie zabiera mu kocyk, żeby się podrażnić i razem pośmiać. Zawsze, gdy coś mu kupujemy pyta o Leona, a gdy sam wykłada pieniądze ze swojego portfela, to lizak dla niego kosztuje 5 groszy, a dla braciszka 20. Jest przekochany z tą troską. Z tym przytulaniem, głaskaniem i całowaniem. Z porankami, gdy zrzuca mnie z łóżka, bo Leon już wstał i trzeba go wyjąć z łóżeczka. Tej miłości jest tyle, że mimo wszystko znacznie góruje nad przepychankami, krzykami i ich pierwszymi małymi kłótniami.


Leon

Od zawsze był bardzo spokojny. I nadal jest. Noce z nim, to igraszka, spacery sama przyjemność. Jednak, jak coś mu się nie spodoba, potrafi dać o tym znać dalekim sąsiadom. Jest ryk (pamiętam, jak nadużywałam tego słowa przy małym Kubie :D), siadanie na podłodze, skłon i grochowe łzy. Rozżala nam się ten Młodszy niemożliwie! I wszystko cichnie, kiedy jest wzięty na ręce! Przytulenie jest dobre na każde zło. Uwielbia się przytulać. Podbiega, wyciąga ręce i daje buziaki. Widzę, jak dużo uczy się od Kuby. Jak chciałby robić wiele rzeczy, które on już może. Jak cieszy się na jego widok. I wtedy, kiedy może się z nim pobawić. Jak lubi zaglądać do każdego kąta. Na ogrodzie biega, kosi trawę i targa psa. Czuje się tu wspaniale. Z dziećmi i z rodziną. 




W ostatnich dniach osłabły nam też karmienia piersią. W dzień zachowuje się tak, jakby nie miał na nie czasu. Czasem złapie, by potem po sekundzie wypluć. W środę pierwszy raz od baardzo dawna czułam ból od nagromadzenia pokarmu. Mam nadzieję, że to delikatny początek zakończenia karmienia. Oboje już dostatecznie się nim nacieszyliśmy i wiem, że Leon dostał to, co najlepsze. Teraz czas na uniezależnienie się. I moją swobodę :)


Kolejna relacja Starszy Brat - Młodszy Brat już pewnie we wrześniu. Leon zmienia nam się każdego miesiąca, z kolei Jakub już za dwa miesiące stanie się wesołym (oby!) przedszkolakiem. Przedszkolnie nam się tu zrobi, jak nic! Nie martw się! Do tego czasu nie zamilknę, na pewno będę się odzywać częściej niż dotychczas ;)

Dobrego wieczoru Tobie!


Czytaj dalej »

wtorek, 27 czerwca 2017

Echo - czyli dlaczego dawno mnie nie widziałaś/eś.

Czasem milknę tutaj dla zregenerowania sił. By odetchnąć, spojrzeć z boku. By zatęsknić. By usłyszeć dlaczego cię tu nie ma? wróć.

Tym razem jednak doszedł również inny powód tej ciszy tutaj. Okruszkowe wchody bowiem przestały być niemieckie, a stały się w pełni polskie. Słowem, oddechem, byciem. Cały maj spędziliśmy na pakowaniu i przeprowadzce. A początkiem czerwca odbył się remont naszego małego kąta. Nie wynajmujemy. Nic nie kupiliśmy. Skorzystaliśmy z pustych pokoi w moim rodzinnym domu, gdzie od jakiegoś czasu mieszka tylko moja mama. Jest pięknie. Jest po naszemu.

Kuba od razu wsiąkł w ten dom. W ogród. W psa. Chce przekopywać grządki, podlewać kwiaty, ganiać po trawie i ją kosić. Leonek potrzebował trochę więcej czasu, pierwsze dwa tygodnie był na mnie uwieszony i uciekał z płaczem od każdego napotkanego czworonoga, ale teraz znów jest bardzo dobrze. Są dziadkowie, są ciocie, wujkowie. Są dzieci! Kuzynowie i nowi przyjaciele, choć z dziewczynkami jakoś łatwiej nawiązuje kontakt :) mamy za sobą dzień otwarty w przedszkolu, do którego się dostał i coraz więcej polskich słów. Nasz trzylatek powtarza wszytko co usłyszy. Słowo "kom" powoli zastępuje "choś tu". "Draj" stało się "tszy". Jest taki kochany w tym mówieniu i tworzeniu zdań! Tak bardzo na to czekaliśmy i nie możemy się wciąż tym nacieszyć.

Leo z kolei przytula, całuje, posyła buziaki, pokazuje, że czegoś nie ma, lub żeby coś mu dać. Naśladuje wiele dźwięków. Również biega po ogrodzie i tarmosi psa. Na spacerach albo jeździ w wózku, albo chodzi. Już nie da się go utrzymać na rękach. Musi biec! I to swoimi ścieżkami.

Wciąż jesteśmy w niewielkim zawieszeniu. Małymi krokami przestawiamy się na polskie. I tak naprawdę dopiero w sierpniu ogarniemy się do końca, bo przed nami cały miesiąc wydarzeń w tym wyjazd nad Solinę większą grupą i ślub mojego kuzyna.

Jeżeli nadal tu jesteś, to daj mi znać. Wystarczy jedno słowo "cześć". Wrócę do Ciebie pomału. Tak, jak odnajdujemy się tutaj.

Mam nadzieję, że się szybko 'zobaczymy'.





Czytaj dalej »

czwartek, 27 kwietnia 2017

12 miesiąc życia Leona

Rok! Nasze słoneczko właśnie skończyło roczek, a ja wciąż jestem na wdechu, wciąż nie dowierzam, że to już. Jakbym ciągle była w bańce "a co to będzie za rok", który właśnie już się wydarzył. Wracam myślami, do tamtych dni. Do wizyty mojej mamy, do ciągłego chodzenia do lekarza, by słyszeć, że jest rozwarcie i dziwnie, że nic się nie posuwa do przodu. Widzę siebie krążącą po korytarzu, robiącą przysiady i czekającą na akcję. Pamiętam, jaki Kuba był wtedy malutki, ale jednak już taki duży. A potem dostałam tabletkę i po sześciu godzinach był już na świecie. Wyśniony. Wymarzony. Jedyny w swoim rodzaju.

Urodził się ważąc 4360 g i mierząc 55 cm. Teraz ma trochę ponad 11 kilo i 78 cm. Raczkuje, jak szalony, podnosi się na środku pokoju i giba na nóżkach, czasem zrobi nawet krok, dwa, czy trzy. Ale zaraz potem kuca i resztę drogi pokonuje na kolankach. Widać, że ćwiczy, że wciąż poznaje swoje ciało i możliwości. I ja się cieszę, że pierwszą ćwiczy równowagę, pewność i wstawanie. Później wystarczy, że się odważy i będzie sprawnie chodził, bez naszej ciągłej pomocy.

Jest zapatrzony w brata. Naśladuje go. Co gorsza naśladuje również te upominane przez nas rzeczy, jak bicie i gryzienie. Kiedy ta dwójka spotka się i jednemu z nich coś nie pasuje wiadomo, że poleją się łzy. Jeden zaczyna i rusza lawina oddawania. Czekam na chwilę, kiedy Leo będzie ogarniał, że tory służą, jako podłoże dla pociągu, a nie gryzak, a Starszy zrozumie, że młodszy brat, to fajny kumpel do zabawy.

To nasz mały śmieszek. I złośnik. Kiedy coś mu się w oczach zaświeci spina się cały i krzyczy, żeby mu to dać. A jaki płacz, kiedy nie wolno! Ma bardzo bogaty charakter. Jest spokojny, ale potrafi postawić na swoim. Cichy, jednak kiedy coś się stanie, to krzyk na całą ulicę. Tuli się, całuje, szczypie i szturcha. Takiego drugiego, jak on nie sposób znaleźć! A poniżej zestawienie całego roku. W zdjęciach.

kwiecień 2016 - pierwszy dzień
maj 2016 - 1 miesiąc

czerwiec 2016 - 2 miesiąc

lipiec 2016 - 3 miesiąc

sierpień 2016 - 4 miesiąc

wrzesień 2016 - 5 miesiąc

październik 2016 - 6 miesiąc

listopad 2016 - 7 miesiąc

grudzień 2016 - 8 miesiąc

styczeń 2017 - 9 miesiąc

luty 2017 - 10 miesiąc

marzec 2017 - 11 miesiąc

kwiecień 2017 - 12 miesiąc



Czytaj dalej »

wtorek, 18 kwietnia 2017

Akupunktura w ciąży - akupunktura podczas porodu

Prawie trzy lata temu, kiedy byłam jeszcze w ciąży z Jakubem na Blogu pojawił się Wpis o akupunkturze w ciąży. Powstał w wyniku tego, że z niej korzystałam, więc delikatnie naświetliłam temat, będąc ciekawa, czy również miałaś z nią kontakt. Co ciekawe jest to dość często wyświetlany Wpis. W końcu zebrałam się w sobie, by rozszerzyć temat i uzupełnić go o moje doświadczenia, odczucia.

Na początek oczywiście kilka suchych faktów.


Wiesz już, że akupunktura, to wkłuwanie cieniutkich igieł w określone punkty na ciele. Ma ona wiele zastosowań, w wielu dziedzinach. Jedną z nich jest właśnie okres ciąży. Pomaga ona przygotować ciało do porodu i zwiększyć odporność na bolesne skurcze macicy. Jest też stosowana w przypadku zatrzymania wody, zatrucia ciążowego, nudności, bólów i lęków. Może Ci też pomóc w przypadku zgagi i zmęczenia. A także zatrzymać krwawienie lub plamienie w pierwszych miesiącach ciąży. Z drugiej jednak strony stymulowanie niektórych miejsc na ciele może wywołać skurcze macicy, co potrafi doprowadzić do poronienia. Ważne więc, by korzystać z tych zabiegów u specjalistów. Przed zabiegiem upewnij się, że wyszkolony w tej sztuce ma doświadczenie z kobietami w ciąży. I by sesje nie były dłuższe niż 15-20 minut.




Osobiście skorzystałam z akupunktury u mojej położnej, która pierwsze zabiegi zrobiła u mnie w domu, a już kolejne w szpitalu, gdzie razem ze mną było jeszcze kilka kobiet. Był to okres letni, było bardzo ciepło, jednak nie wspominam tego czasu bardzo źle. Nie puchłam nad wyraz, czułam się naprawdę dobrze. Po zabiegach nie odczułam żadnych niepożądanych skutków. Szkoda tylko, że przynajmniej u mnie, nie pomogła w przyspieszeniu porodu ;)

Podczas porodu

Pomogła jednak już w jego czasie. To był długi dzień skurczów, na szczęście potem już ze znieczuleniem, gdzie w pewnym momencie akcja zwyczajnie zatrzymała się na pięciu centymetrach. Wtedy położna znów sięgnęła po akupunkturę, tym razem tylko na dłoniach. Po godzinie miałam już pełne rozwarcie i mogłam przeć. 

Podobno odpowiednio wcześnie zastosowana akupunktura, w pierwszym okresie porodu, może nawet zredukować stopień odczuwania bólu. Jeśli chcesz rodzić w pełni naturalnie, bez chemii, to może warto to rozważyć. Oczywiście i tutaj metoda ta jest w pełni bezpieczna dla matki i dziecka. Jednak nie można jej stosować u kobiet, które mają zaburzenia układu nerwowego, np. padaczkę lub choroby psychiczne. 



A jakie jest Twoje doświadczenie z akupunkturą? Stosowałaś, czy może tylko słyszałaś? Lub słyszysz o tej metodzie pierwszy raz?

Czytaj dalej »

środa, 5 kwietnia 2017

31 miesiąc życia Jakubka

Kolejny miesiąc za nami. Marudziłam przy styczniu, by jak najszybciej skończyła się zima, a tu już od długiego czasu mamy wiosnę, która zahacza nawet o letnie słońce. Kiedy zaczyna swędzieć mnie skóra, to znak, że jest już naprawdę ciepło. Jak to w ostatnim czasie bywa, nie obyło się bez chorowitego tygodnia, ale na szczęście udało nam się wyleczyć domowymi sposobami. Jakub dzielnie pił syrop z cebuli i raz dwa stanął na nogi. Niestety złapało również Leona, a potem mnie. Cały tydzień nie mogłam się odchorować. Moje gardło czuło się, jak w reklamie Cholinexu, w którym bandyci zarazki urządzają sobie w nim imprezę. Jednak wraz z pierwszym dniem kwietnia wszystko nabrało kolorów i teraz tylko korzystamy z pięknej pogody i wyczekujemy wyjazdu do Polski, który ma mieć miejsce końcem maja. A więc teraz tylko - oby do maja!

Tymczasem codziennie zaliczamy spacery, place zabaw, rower, lody. Uwielbiam tę porę roku. I Jakub jakoś się ożywił. Ciężko go utrzymać w jednym miejscu. Ciągle coś musi się dziać. Kiedy chce wyjść jest pokazywanie na okno i kom kom tam bez końca. Aż w końcu jest i płacz, bo przecież "za 10 minut, mama musi się ubrać", "Leon musi wstać" jest  takie tragicznie odległe. Ubiera sobie buty, mimo, że jest jeszcze w piżamie, okulary, czapkę i już jest gotowy do wyjścia. Potrafi też zawodzić nad zegarkiem, którego nie może znaleźć, a koniecznie musi go założyć i nad bluzką, że to nie ta, nie na ten dzień. Ostatnio byliśmy kupować mu buty i tu się dopiero zaczyna katastrofa. Myślałam, że jeszcze mamy czas na takie ekscesy, ale mocno się przeliczyłam. Bo Jakub musi mieć buty z motywem auta. Musi i już. Przymierzał ładne, klasyczne półbuty, lekkie adidasy, pasujące do większości rzeczy, ale co tam! To musi być krzykliwa czerwień z autem w kolorze kameleona. Dobrze, że nie było rozmiarów, bo już zaczynałam ulegać :D Uległ na szczęście w końcu sam zainteresowany i wybrał sobie czarne niekrzykliwe slippery z czarnym logo batmana. Bo super hero też są spoko. Uff.




 Chłopak nam dorośleje. Jakiś taki bardziej myślący się robi, zamyślony. Coraz więcej kombinuje i cwaniakuje. Ostatnio wyłożyłam dla nas talerze na stół, chcąc nałożyć obiad i wyszłam tylko na chwilę z kuchni. Jakub je porozkładał, tak jak siedzimy. Dla Leona, dla mamy, taty i siebie. A potem dostawił sztućce i był bardzo z siebie dumny. Robi rzeczy, których się nie spodziewamy. Podbiega do brata i klepie go po plecach, gdy ten kaszle, bawi się sam, w skupieniu, odgrywa małe scenki. Tworzy wspaniałe budowle z piasku. Strojniś z niego ogromny. A jaki tancerz! Kładzie ręce na biodrach i kiwa się na boki. Obkręca, przewraca, wymachuje dłońmi. Jest czasem tak kochany, przytulaśny i całuśny, że mam ochotę go schrupać, wytulić tak mocno, aż wsiąknie we mnie. Z drugiej strony ma mocny charakter i znów wróciło do nas popychanie i bicie młodszego brata. Znów wierzę, że to przejściowy stan. Muszą po prostu nauczyć się być ze sobą, obok siebie. My musimy ich nauczyć. Będzie dobrze!







Czytaj dalej »

czwartek, 30 marca 2017

11 miesiąc życia Leona

Nie mogę w to uwierzyć. Za miesiąc nasz młodszy synek kończy rok. Pamiętam, kiedy był taki malutki i nie mogłam się doczekać tego "doroślejszego" okresu. Kiedy będzie na tyle duży, że nie będzie tak mocno odstawał od starszego brata. I czasem rzeczywiście potrafią siedzieć obok siebie w zgodzie ;) Leon jednak ma w sobie to coś, że wszystko jakoś szybciej się równa. Jest duży, waży 11,5 kilo i dość długi, ubieramy mu rozmiar 86/92. Cieszyłam się na dziedziczenie ubrań, a tu się zaraz okaże, że nie będzie co, bo będą nosić to samo.



Leonek jest naszym małym śmieszkiem. Uwielbia się tulić, dawać buziaki, być wśród nas. Kiedyś wystarczyło posadzić go na dywanie wśród zabawek i spokojnie ugotować obiad. Teraz gotuje ze mną. Wyciąga wszystkie garnki, patelnie i tak właśnie muszę krążyć między przeszkodami. Wszędzie go pełno. Drzwi do łazienki muszą być ciągle zamknięte i trzeba uważać gdzie się kładzie kubki, szklanki. Ciągle też się toczy wojna o zabawki. Zostawić teraz samych Leona i Jakuba, to jak ustawić minutnik bombowy. Leon nawet nie zerka na swoje umilacze czasu, dużo bardziej interesują go te "doroślejsze". No i jest krzyk. I płacz, jeśli zdarzy się Starszemu go uderzyć. Bo Starszy bardzo mocno broni swojego. Jest jego i już. A Leo często na tym cierpi. Choć nie powiem, zdarzają się momenty, kiedy zerkam do nich i widzę przeuroczy obrazek miłości braterskiej, wspólnej zabawy i śmiechu. Oby jak najwięcej ich!



Chłopiec raczkuje, jak nakręcony, czasem wręcz biegnie na tych kolankach. Potrafi podnieść się i stanąć. Stanie wychodzi mu już naprawdę dobrze. Giba się na tych nóżkach, ćwiczy równowagę. Ale zachęcony do pójścia zaczyna się śmiać i wraca do raczkowania. Chodzi trzymany za rączki. Okrąża stół. Mimo, że nie chodzi, jest strasznie ruchliwy. Lubię tą jego leniwość. Serio. Jakub na jedenaście miesięcy postawił pierwsze samodzielne kroki, a ja się cieszę, że Leo z tym zwleka. Jest dzięki temu jeszcze taki dzidziusiowy. W końcu ruszy. A ja będę się łapać za głowę. Na bank.


Końcem miesiąca ruszyliśmy również z projektem "odstawienie" i wcale nie chodzi tu o pierś, Leo w dzień nie nosi pampersa. Oswaja się z nocnikiem, z uczuciem mokrości i suchości. Całkiem ładnie nam to idzie. Jak to zwykle bywa w tym temacie mamy wzloty i upadki, ale sądzę, że na roczek pożegnamy się z pieluchą, przynajmniej w ciągu dnia.




W ogóle taka piękna wiosna u nas! A dziś, to nawet o lecie można mówić. Idealnie się to zgrało z przyjazdem mojej siostry i jej lubym. Byli tydzień i praktycznie cały czas było bardzo ciepło, więc trochę pochodziliśmy i powygrzewaliśmy się na słońcu, a Leo zaliczył swój pierwszy spacer w nosidle na plecach. Było inaczej, było ciekawiej, ale i tak nosimy go częściej z przodu, dla wspólnego komfortu. Nasza przyczepka rowerowa jest też teraz w częstszym użytku i to nie tylko, jako wózek! Doczekaliśmy się rowerów i odbyliśmy już nawet wspólną podróż. Kuba uwielbia taki środek transportu, ostatnio jeździł z tatą tak ponad godzinę. 






Żegnamy marzec i nie możemy doczekać się co przyniesie nam następny miesiąc. Może pierwsze kroki?

A Twoje dziecko ile miało miesięcy, kiedy zaczęło samodzielnie chodzić? Raczkowało przed tym? Podziel się tym koniecznie!


Czytaj dalej »

niedziela, 19 marca 2017

Blw - nasze dwuipółletnie doświadczenie.

Trzydzieści miesięcy należy do Jakuba, z czego ostatnie dziesięć również do Leona. Uwielbiam te nasze chwile, kiedy możemy usiąść wszyscy przy stole i spędzić razem czas. I to jeszcze przy tak przyjemnej czynności, jak jedzenie!

Kiedyś jednak znalazłam się w sytuacji, kiedy kompletnie nie wiedziałam od czego zacząć. Co zrobić, by urozmaicić posiłki. Jakie krzesełko będzie najlepsze. Jakie sztućce. Jesteś na etapie rozszerzania diety swojego dziecka? Zostań koniecznie do końca!

Jeśli jeszcze nie za bardzo wiesz na czym polega metoda Blw odsyłam Cię tutaj -> KLIK tym razem nie chcę rozdrabniać się nad pojęciami i opisami. Chcę Ci jedynie pokazać, jak przyjemna może być to metoda i dlaczego warto się nad nią zastanowić. Jak odnalazły się w niej moje dzieci i my sami.

Największe plusy Blw

- Przyjemność z jedzenia.

- Wspólne posiłki, gdzie nie musisz czekać na swoją kolej!

- Urozmaicenie kuchni dorosłych.

- Poznawanie nie tylko smaków, ale również struktury, miękkości, gęstości, kolorów jedzonych produktów.

Nie oszukujmy się. Zmiksowane Spaghetti smakuje ogólnie... pomidorowo. Inna bajka ma się do makaronu, który jest długi, śliski i tak śmiesznie plaska podczas wymachiwania nim na wszystkie strony. Sos jest mokry i ma bardziej wyraźny smak, a mięso stałą formę. Blw to świat, do którego się wchodzi i nie chce już wracać. Jestem akurat tą mamą, która próbowała wszystkiego. Przewinęły się u nas słoiczki i domowe papki. Podawałam również butelkę. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Plusem słoiczków jest ich szybkość. U nas sprawdziły się przez pierwsze dwa tygodnie rozszerzania diety. Co tu dużo mówić. Młodszy nie za bardzo łapał Blw i do tego nie siedział jeszcze stabilnie. Słoiczek możesz podać wszędzie, wszędzie też możesz go kupić. Odgrzewasz i pach do buzi. Próbowałam jednak tych "pyszności" i nie dziwię się w sumie, że szybko je porzuciliśmy. A domowe papki? Nie widzę w nich za dużo sensu. ugotować osobno dziecku posiłek i jeszcze dokłądać sobie roboty w postaci wyciągnięcia blendera, zmiksowania, a potem jeszcze umycia go? Moje dzieci często krzyczą "Jestem głodny! Teraz! Już!" I przegadaj mu, że tak pięknie wyglądającą porcję jedzenia trzeba jeszcze przerobić na papkę. Jeśli boisz się zakrztuszenia, uspokoję Cię. Zdarza się bardzo rzadko. Ale zaufaj dziecku! Ono dobrze wie, jak sobie z nim poradzić. Poza tym - kiedy nauczy się odpowiedniego przełykania, jeśli nie teraz? Wcześniej zawsze najlepiej. Młodszy ma 10 miesięcy i nawet teraz zdarza mu się ugryźć większy kawałek, ale potrafi go wykrztusić i wypluć. Palpitacje serca oczywiście zostały, jednak zaufanie zwycięża z szybkim biegiem i automatycznym klepaniem po plecach.




Minusy

Blw ma również minusy oczywiście. Największym z nich jest bałagan. Z nim jednak można sobie radzić. Swojego czasu rozkładałam pod krzesełkiem gazety. Teraz jednak wystarczy, że zmiotę wszystko i na koniec przetrę podłogę. Przynajmniej mam przymusową okazję do wyciągnięcia mopa. Inaczej moje podłogi, by zarastały, bo zawsze "coś" ;) minusem może być również dodatkowe gotowanie, bo przecież nie zawsze chcemy jeść to co dziecko, niekiedy przecież możemy mieć ochotę na fryty i smażoną rybę, ale uwierz mi, to nie jest duży problem. Zazwyczaj idę wtedy na łatwiznę i Leo ma dzień warzywny, bo wrzucenie warzyw do gotowania nic nie kosztuje. Do tego makaron, ryż, czy ziemniaczek i sprawa załatwiona.

Słupki, kulki, kosteczki

Jeśli jesteś w kropce, co do sposobu podawania pierwszych posiłków odsyłam Cię tutaj - KLIK dziewczyny naprawdę bardzo fajnie to nakreśliły. U nas od początku słupki grały ważną rolę, potem śniadaniowo doszły kostki i kulki. Teraz hitem są placki, szczególnie te cukiniowe z twarogiem. Nie miałam jeszcze w swoich rękach książki Bobas lubi wybór wyd. Mamania, jednak blog Alaantkoweblw wspaniale poprowadził mnie przez swój świat. Teraz marzy mi się ich książka, by mieć wszystko pod ręką. Bo te przepisy inspiruję nie tylko do jakiegoś etapu. Ta droga jest naprawdę długa. I pyszna!


Bez tego ani rusz!

Jeśli zastanawiasz się nad krzesełkiem do karmienia, zwróć przede wszystkim uwagę na łatwość w myciu (bezpieczeństwo, to chyba rzecz oczywista?). My mamy Hauck Gamma plus i jestem bardzo zadowolona. Co prawda czasem żałuję, że nie można ściągnąć tacki i umyć jej pod bieżącą wodą, ale całe krzesełko jest na tyle prosto skonstruowane, że to nie jest duży problem. Brak mikro otworów do których może dostać się jedzenie - bezcenne. Jeśli chciałabyś dokładniejszej recenzji tego krzesełka pisz śmiało! Mówiłam na początku jeszcze o sztućcach - kiedyś kupiłam plastikową łyżeczkę i widelec. Jak do łyżeczki nie mam tak zastrzeżeń, tak widelec nie wiem czemu ma służyć. Serio! Leo ma swój stalowy mini widelczyk, taki deserowy, który nie jest ostro zakończony i jest idealny. Przy okazji - tak, coraz lepiej nim włada. Tak samo łyżeczką, potrafi już nabrać jedzenie i włożyć do buzi. Kiedyś usłyszałam, że dziecko blw się tego nie nauczy, bo je rękami "bez kultury". Hej! Naprawdę?

Teraz kilka słów o Starszym - dalej chętnie je, choć już nie tak chętnie, jak kiedyś. Ma swoje smaki i niesmaki. Odkąd poznał smak frytka zepsuło mi się dziecko :D Nie tknie ogórka, pomidora, ogólnie za warzywami nie przepada, muszę je przemycać, najlepiej w plackach. Na szczęście uwielbia zupy. Co prawda tylko wodę i makaron lub ryż, ale lepsze to niż nic. Może będę mu robić zupy kremy i też uda się przemycić więcej warzyw? Przy Blw również trzeba czasem pokombinować.


Oboje mają swoje ulubione dania, u Jakuba widać to wyraźniej, bo Leo jest jeszcze na etapie próbowania wszystkiego. Jednak miał już taki dzień na przykład, że jadł same zielone ogórki. Uwielbia też brokuły. Wszystko co zielone pochłania najpierw, dopiero potem bierze się za resztę. Czasem jest ciężko, szczególnie w sprzątaniu. Ryż, czy kasza manna są naprawdę strasznym ustrojstwem. Ale widzę, jak jedzą z apetytem. Jak się cieszą. Jak próbują nowego i zastanawiają się, czy ma im to smakować, czy niekoniecznie.

BLW trzeba spróbować. Choć raz. Lub dwa. Zawsze trzeba dać mu drugą szansę. A jak już Cię zabierze ze sobą, to poniesie hen daleko. W przyszłości na pewno nie będziesz żałować. 

Daj znać co sądzisz o tej metodzie. Może widzisz jeszcze jakieś inne plusy? Lub minusy? 








Czytaj dalej »